„Duchy Gaunta I: Pierwszy i Jedyny z Tanith” Dana Abnetta

Gaunt I

 

Uniwersum Warhammera 40k jest jednym z najbogatszych tworów s-f na świeci, bez wstydu mogącym równać się z Gwiezdnymi Wojnami, o Star Treku czy Babylonie 5 nie wspominając. Jest to tyle wielkie osiągnięcie, że nie może swojego rozwoju oprzeć na kasowych filmach czy kultowych serialach. Jego podstawą są gry i właśnie powieści.

Tym bardziej dziwi więc fakt, że ciężko znaleźć opowieści z tego świata, które mogłyby służyć za punkt zaczepienia dla nowych czytelników. Jak każdy gracz „Dawn of War” może zaświadczyć, Wh40k zwykle na „dzieńdobry” wrzuca odbiorcę na głęboką wodę: Adeptus Astartes, Inkwizycja, specyficzne orki, Chaos, święty Imperator itd.

Wobec powyższego to właśnie cykl o Gauntcie jest często proponowany jako książki w miarę bezboleśnie wprowadzające czytelników. Sprawdźmy, czy tak jest w istocie.

Fabuła i klimat:

Na fabułę „Pierwszego i Jedynego” składają się dwa wątki główne. W pierwszym nasi bohaterowie uczestniczą w jednej z niezliczonych wojen 41-szego tysiąclecia. W drugim zostają wmanewrowani w zakulisowe, szemrane działania inkwizytorów i wysokiej rangi oficerów. Oprócz tego dostajemy kilka pobocznych wątków, jak wspomnienia z przeszłości samego Gaunta, knowania jego własnych podwładnych czy utarczki z innymi oddziałami wojska.

Jest to skuteczne połączenie. Walki na planecie mają klimat żywcem wyjęty z walk okopowych Wielkiej Wojny, z drobnymi ale charakterystycznymi zmianami i tchnieniem większych zagrożeń. Jednocześnie szachrajstwa generalicji, jak i sama ludzka natura licznej grupy bohaterów sprawia, stanowi zgrabny przerywnik między walkami.

Drugi wątek jest już znacznie bardziej kosmiczny, tak dosłownie jak i w przenośni. To do niego dostajemy wprowadzenie w prologu, co daje nam dwa efekty. Po pierwsze na początku książki czytelnik dostaje opis kosmicznych okrętów, aby upewnić go, że książka którą trzyma w ręku nie jest powieścią historyczną. Po drugie stanowi to zgrabny zabieg literacki, najpierw budujący scenę, a potem – podczas walk na planecie – przedstawiający aktorów.

Klimat jest dobrze dobrany, zwłaszcza dla osób zaczynających swoją przygodę z „40-stką„. Co prawda na okręty kosmiczne na początku mogą wydać się przytłaczające, to walka okopowa jest już czymś zrozumiałym. Jednocześnie elementy uniwersum są nam cały czas dawkowane, tak Chaos jak i biurokracja Imperium.

Nie jest to co prawda w pełni wyjaśniane, co, skąd i dlaczego, co nadal może powodować pewne uczucie zagubienia, nie sądzę jednak aby powodowało to mocny dyskomfort. A ów brak wyjaśnień to zapewne ukłon w stronę fanów, którzy nie muszą otrzymać wyjaśnień czym są „Niszczycielskie Potęgi„.

Postaci:

Skupienie się na Gwardii Imperialnej pozwala na wprowadzenie wielu, bardzo ludzkich postaci. Dzięki temu ich motywacje są dla nas w pełni zrozumiałe, odczucia naturalne, podobnie jak i reakcje.

Pierwszoplanową rolę gra tu tytułowy pułkownik-komisarz Ibram Gaunt, dowodzący tytułowym „Pierwszym i Jedynym Tanithijskim Regimentem Gwardii„. Gaunt jest typowym oficerem polowym i nietypowym komisarzem, co zjednuje mu przychylność podwładnych i niechęć innych oficerów. Widzimy, że jest on odważnym, twardo po ziemi stąpającym człowiekiem, nieszczególnie lubiącym intrygi, ale potrafiącym sobie w ich trakcie radzić.

Innych Duchów z imienia poznajemy kilkoro, młodziutkiego i tajemniczego adiutanta Brina Milo, olbrzyma o łagodnym usposobieniu „Spróbuj jeszcze raz” Bragga, czy opanowanego i popularnego wśród podwładnych pułkownika Colma Corbeca.

Dostają dużo mniej uwagi od dowódcy, stanowiąc bardziej archetypy postaci (cudowne dziecko, medyk/doradca, świr-snajper itp), ale skutecznie wypełniają swoją rolę i pan Dan tchnął w nich na tyle życia, aby nie sprawiali wrażenia kukieł.

Antagoniści wypadają porównywalnie dobrze, przynajmniej w drugim wątku. Szczególnie inkwizytor-psionik spełnia wszystkie wymogi przeciwnika-czarnoksiężnika, pozostając przy tym oryginalną i wpasowaną w świat postacią.

Opisy i dialogi:

Pierwszy i Jedyny z Tanith” operuje opisami jak wprawnym orężem, aplikując ich bardzo skuteczną dawkę. Obiekty mające wywołać zachwyt albo przestrach zostają przedstawione z odpowiednią ilością informacji. Z drugiej strony rzeczy przyziemne dla bohaterów, są tylko wspominane, nawet gdy dla nas nie są czymś typowym. Ponownie w lepszej sytuacji są tu osoby obeznane z uniwersum, bo one wiedzą jak co wygląda z gier i ilustracji.

Jednocześnie opisów narracyjnych w moim odczuciu było trochę mało, ale na pewno czyni to opowieść o Duchach nowocześniejszą.

Dialogi… cóż, dialogi w tej książce są… poprawne. To chyba najlepiej oddaje ich naturę. Są, istnieją, przekazują informacji i nie brzmią jak wypowiedzi polityków, da się bez trudu uwierzyć, że wyszły z ludzkich ust. Brakuje im jednak lekkości jaką powinny się cechować ludzkie wypowiedzi. Choć może to być zamierzony efekt, mający zobrazować, że wszyscy nasi bohaterowie to żołnierze.

Oprawa:

Trudno tutaj napisać coś więcej niż w przypadku dialogów. Książka jest, fizycznie istnieje, nie ma jednak żadnych wodotrysków. Tłumaczenie jest dobre, jak to zwykle w przypadku Warhammera. Nie uświadczymy tu ponglisza, ale też nie wszystko zostało automatycznie przełożone.

Literówek jest raptem kilka.

Podsumowanie:

Na zakończenie, czy pierwszy tom Duchów Gaunta nadaje się na powieść wprowadzającą do uniwersum 41-szego tysiąclecia? Tak, wydaje mi się, że tak. Prowadzenie narracji i dawkowanie informacji umożliwia dość bezpieczne zagłębienie się w peryferia tego świata, jednocześnie zostawiając lepszy, pełniejszy smak dla znawców.

Czy tom ten jest dobry jako książka? Tak, zdecydowanie. Dostajemy tu solidną porcję militarnego s-f z małą domieszką magii i przygody. Postacie są wyraziste, da się je polubić lub znienawidzić, a jednocześnie rokują nadzieję na jeszcze lepsze rzeczy w przyszłości.

Niestety, mnie osobiście jednak nie porwała. Nie gustuję osobiście w wojnie okopowej, Gwardia to również nie moja frakcja. Ale, hej! Nie wszystko musi być pisane pode mnie.

Daję pierwszym Duchom piątkę na szynach ( =5 ).

  • Ancestor

    Recka jakieś 15 lat za późno 😉
    Są lepsze rzeczy na wprowadzenie w uniwersum wh40k, mamy na rynku parę tomów opowiadań. Bliższa kanonicznemu fluffowi jest powieść „Oko Terroru” i zbiór opowiadań „W głąb Maelstormu”.
    W „Duchach…” Abnett dostał wolną rękę, (to dość rozpoznawalny autor, scenarzysta komiksów itp więc firma przymknęła lekko oko na jego odstępstwa) więc popłynął momentami bardzo… swoją drogą pisząc pierwsze „Duchy…” Abnett sam nie znał dobrze tego uniwersum… to powieść wojenna, która miała trochę być „Cienką czerwoną linią” warhammera 40k. Wyszło jak wyszło, momentami lepiej, momentami gorzej… Kolejne tomy rozwijają pewne wątki, choć w ostatnich autor trochę wpada w sztampę… Pierwsze „Duchy…” są spoko, ale stawiałbym je po opowiadaniach…
    Moim zdaniem, max ocena to 4-

    • Gromomir

      Wydaje mi się, że czas właśnie idealny, skoro CC wznowiło wydawania Młotka i to właśnie od Gaunta (i Ragnara) :)

      • Ancestor

        Warto było napisać, że to wznowienie… 😉

        • Gromomir

          Ależ to nie jest wznowienie, nadal w sprzedaży jest ta sama wersja pierwszego tomu Gaunta sprzed lat. Wznowieniu uległa cała linia wydawnicza, po raz pierwszy od wielu lat nowości z 40-szego tysiąclecia będą pojawiać się na naszym rynku.
          Gaunt 6 i Ragnar 4 na pierwszy ogień

          • Ancestor

            Pierwszy tom to dodruk, kolejne to nowe rzeczy.
            GW zabrało licencje Fabryce nie tak dawno temu, będzie trzeci rok… Pytanie jak definiujemy określenie „od wielu lat”…

            Gości z Copernicusa znam od samego początku wydawnictwa, to już ponad 20 lat. Bardzo mnie cieszy, że udało im się wrócić do wydawania Warhammerów, trzymam kciuki i niecierpliwie czekam na następne pozycje.