Krew na piórach

Krew na piórach

pióra Grzegorza Skowyry

Drzewa zamknęły nad nią baldachim z łysych gałęzi. Robiło się coraz ciemniej i zimniej. Kopny, wysoki do pasa śnieg nie dawał żadnego oparcia. Drzewa, choć rosnące gęsto nie stanowiły osłony od lodowatego wiatru. Sprawiały tylko, że miał na czym gwizdać.

Samotna kobieta brnęła ociężale przez te trudy. Jej suknia, kiedyś pyszna, była teraz podarta. Policzki pokrywała łuszcząca się od mrozu skóra i błyszczące kryształkami lodu ślady łez. Przemarznięte nogi już nie bolały. W ogóle ich nie czuła.

Szła jednak dalej.

Nierówno, słabo, zwalniając na każdej przeszkodzie, ale jednak uparcie do przodu. Dokąd? Sama nie wiedziała. Nie dbała o to. Chciałaby, ale nie mogła. Jej strzaskany umysł nie mógł nawet przetworzyć tych faktów. Tych myśli.

Mielił ciągle wspomnienia. Niedawne, całkiem świeże. Te od których niebo zawaliło się jej na głowę i pogrzebało pod gruzami szaleństwa. Wszędzie widziała jedynie oczy. Martwe oczy, pełne cierpienia, wyrażające tylko wyrzut i bezradność. Bliskie oczy. Kochane. Widziała je wszędzie. Gdzie nie spojrzała, tam były.

Kompletnie przysłaniały śnieg i drzewa.

Kobieta nie miała już sił płakać, krzyczeć. Przeklinać diabła który sprowadził tę tragedię, czy Boga który pozwolił aby ją spotkała. Mogła tylko iść dalej w las, przekopując się przez grudniowe śniegi. Nie wiedziała czemu, po co. Byle do przodu…

Kolana się pod nią ugięły po kolejnym kroku.

– Nie! – wyszeptała z całych sił, padając twarzą w kopny puch. Wspomnienia, na moment zagłuszone, zaatakowały ją nową falą. Zalały.

Biła śnieg rękami, wcierała go w twarz tylko po to aby zaraz drzeć ją paznokciami. Podświadomie pragnęła bólu, fizycznego cierpienia, który choć na chwile oderwałby ją od tortur umysłu. Gdyby przy innym upadku nie zgubiła kordu, to rozprułaby sobie teraz żyły, byleby tylko się to skończyło!

W końcu skończyło…

Kolejna strona

Powrót do działu Opowiadań

Wersja audio