Krew na piórach s5

– Lena Wilczyńska, z domu Bednarska – przedstawiła się odruchowo, a potem rozejrzała zdziwiona. – Twoim… domu? Czy jesteś jakimś demonem…duchem lasu?

Sędziwój roześmiał się lekko i pokręcił głową.

– Nie, nie. Tu wznosił się chram, świątynia jak byś to nazwała, poświęcona memu bogu. Byłem jej ostatnim kapłanem, nim została zniszczona przez Mongołów.

– Mongołów? Znaczy, że ty też…?

– Oczywiście.

Lena poczuła zawroty głowy, lub raczej poczuła, że powinna mieć zawroty głowy, ale ich nie doświadczyła. Było to równie dezorientujące.

– Dlaczego więc ciągle tu jesteś? Czy diabły nie powinny porwać cię do piekła za brak wiary? – Złapała się za usta, ale było już za późno. – Jezu Chryste, przepraszam…

Syn Czcibora skinął spokojnie głową.

– Rozumiem, że nie miałaś nic złego na myśli. Na twoim miejscu pewnie też bym o to spytał. Wasze diabły nie miały jednak do mnie dostępu, nie składałem przysięgi wierności Jehowie. Mnie rozsądził mój bóg według swojej miary.

– A więc co ja tu robię? Czemu mnie Bóg Ojciec, albo Jezus nie osądzili?

– I to jest bardzo dobre pytanie – odparł duch pogańskiego kapłana. Odwrócił się do niej plecami i pokazał aby podążyła za nim.

Podeszła ponownie do swojego ciała. Leżało bardziej ciśnięte, niż ułożone na kamiennym bloku przed czymś co początkowo wzięła za złamane drzewo. Teraz jednak zaczęła dostrzegać, że jest to porosły mchem posąg. Prosty w formie, ale mimo to wyraźnie przedstawiający surowe, brodate oblicze.

Przed nim i przed ołtarzem płonęło małe ognisko. Gdy Wilczyńska zdołała w końcu oderwać wzrok od swojej martwej twarzy zobaczyła, że siedzi przy nim ogromny mężczyzna. Mimowolnie zadrżała na jego dziki wygląd, podkreślony tylko starożytnym hełmem i płaszczem ze świeżych futer narzuconym na ramiona.

Kolejna strona

Poprzednia strona

Pierwsza strona

Powrót do działu Opowiadań

Wersja audio