Cień w ciemności s7

Porywacz już po chwili wpadł w bojowy rytm wyrabiany na przestrzeni długich wieków. Jego nienaturalne ciało jeszcze mu to ułatwiało. Zgrabnie, wręcz tanecznie unikał kolejnych cięć i pchnięć, po każdym trafiając wroga gołymi dłońmi. Gdy uderzał pięścią wstrząs targał ogromnym ciałem szermierza. Gdy używał otwartej dłoni, która porastały wtedy długie, czerwona pazury, krew nieznajomego padała na ściany, albo iskry pojawiały się na jego torsie.

Magdalena obserwowała te zmagania, zbyt zaskoczona i zafascynowana aby choćby podnieść się podłogi. Czuła huragan emocji. W pierwszym odruchu dziki wygląd przybysza przeraziły ją bardziej niż zimna potworność porywacza. Jednak gdy obie istoty rzuciły się na siebie, poczuła ogromną ulgę. Romantyczna część jej duszy dopatrzyła się w tym ponurym olbrzymie obrońcy, religijna z kolei wybawcy zesłanego przez Boga w odpowiedzi na jej modły i zbezczeszczenie swojego domu. Logiczna z kolei nakazywała podnieść rzyć z podłogi i uciekać korzystając z zamieszania. Nim jednak zdołała się przebić, nieznajomy zaczął przegrywać, a to sprawiło, że przerażenie powróciło ze zdwojoną siłą. Jeszcze raz, w pełni zdała sobie sprawę co ją porwało.

Kolejne uderzenie poderwało wojownika nad ziemię. Nim zdążył upaść, wampir uderzył jeszcze raz, ciskając nim w tył jak piłką. Z metalicznym chrobotem ogromne ciało upadło na podłogę i przekoziołkowało po niej kilka razy nim zatrzymało się pod ścianą.

– I ty durny bawole chciałeś mierzyć się ze mną?! – Zakpił porywacz mocno akcentując ostatnie słowo. – Wypiłbym cię całego, gdyby twoja krew nie był tak odrażająca. Nada się jednak na ozdobienie ścian tej nory…

Błyskawicznym, rozmazującym się w oczach ruchem dopadł do próbującego się podnieść olbrzyma. Złapał go za kolczugę na piersi, gniotąc ją w dłoni jak szmatę. Wysunął kły na pełną długość co wywołało kolejny instynktowny krzyk kobiety. Wampir poświęcił jej tylko pełne wzgardy spojrzenie i znów skupił się na przeciwniku.

Ta sekunda nieuwagi wystarczyła.

Woj złapał wampira za płaszcz i szarpnął w swoją stronę. Czołem hełmu uderzył go w twarz, odrzucając. W tym samym momencie zamachnął się prawą dłonią, w której ciągle ściskał miecz. Nie miał miejsca na użycie ostrza, ale nie potrzebował go. Masywne, dziwnie zdobione zwieńczenie rękojeści trafiło wampira prosto w szczękę.

Kolejna strona

Poprzednia strona

Pierwsza strona

Powrót do działu Opowiadań